Zaczyna się nowy, ciepły dzień, na wyspę dostają się pierwsze jaskrawe promienie słońca, które budzą nowych mieszkańców nieznanego skrawka lądu. Po przebudzeniu patrzą zmęczonym spojrzeniem na otaczający ich krajobraz i przypominają sobie straszne wydarzenia z wczorajszej nocy. Zdezorientowani zebrali się w około dogasającego ogniska, z nadzieją, że ktoś będzie miał plan jak dotrzeć do cywilizacji albo wiedział jak przeżyć w dziczy.
Odezwał się tylko Simao, który od razu zaproponował ułożenie wielkiego napisu „Pomoc” z gałęzi. Wszyscy się zgodzili i od razu przeszli do wykonania zadania. Po chwili fan Rambo poczuł się tak pewnie, prawie jak przywódca i zaczął wydawać rozkazy, ale jeśli ktoś by
mu się sprzeciwił, to on ma scyzoryk i nie zawaha się go użyć.
Szef podzielił rozbitków na trzy grupy. Dwie z nich mają być trzy-osobowe i mają zwiedzić brzegi wyspy, każda pójdzie w inna stronę, a trzecia ekipa będzie pięcio-osobowa, która z uwagi na liczebność pójdzie w głąb lądu, bo nie wiedzą, czy coś lub ktoś nie czyha na nich w dżungli. Wyruszyli, każdy w swoją stronę.
Drużyna, która poszła brzegiem plaży w lewo, miała piaszczystą drogę, która była jeszcze chłodna, ale właśnie zaczęło wschodzić słońca, które po woli będzie rozgrzewać piasek.
W trakcie podróży grupa zaczęła się poznawać i dowiadywać się nowych interesujących wiadomości. W ekipie byli Julia, Muffin i Luczjano, a w trakcie rozmowy dowiedzieli się, że stewardzi są rodzeństwem, a ‘dziwak’ jest założycielem słynnej na cały świat firmy „Skarpetkowy Master”.
Mijają godziny, a oni nadal idą, trochę szybciej, bo piasek piecze ich stopy, przez to rozbierają się z grubszych ubrań i butów. Na chwilę zatrzymali się, żeby odpocząć trochę. Dziewczyna jest strasznie spocona i coraz bardziej widać jej wysportowane ciało spod przesiąkniętych potem ciuchów. Prezes patrzy na nią nieprzerwanie, zaczyna
mu ślinka cieknąć. Julia zauważyła to i chciała jakoś zdjąć jego wzrok z siebie. Od razu ruszyła w drogę, a Luczjano odwiesił się, wytarł twarz, ale ciągle myślał o tych sexi skarpetkach w kotki.
Zaczęli dalej opowiadać o sobie.
Założyciel firmy „SM” gada ciągle o swoich produktach, a rodzeństwo zauważa, że to jest jego całym życiem, ale przez chwilę wspomniał, że leciał na specjalny jubileusz Volty. Usłyszawszy to Julia i Muffin dostali małego kopniaka energii i potwierdzili, że oni też się tam wybierali, dlatego byli stewardesami, bo nie musieli płacić za przelot. Dowiedziawszy się o tym, że są z tej samej „ekipy”, podniesieni na duchu ruszyli z jeszcze większym zapałem po brzegu.
Trafili na dużą skałę, której nie da się obejść.
Muffin spróbował się wspiąć, wleciał na 3m, aż się inni zdziwili, ale po chwili spadł na dół, bo nie miał czego się złapać. Grupa uznała, że czas wrócić do punktu wyjścia.
Jak wracali to Julia opowiadała o sobie i braciszku, mówiła za niego, bo on jest mało mówny. Opowiada, że występują razem w cyrku, dlatego są wysportowani, jeżdżą po całej Polsce, a cały obóz nazywa się „Latające pingwiny”.
Skończyła mówić i już widzieli swój obóz.
Zespół, który idzie w prawo ma skalistą drogę, ciągle w cieniu, który zalewa coraz to większe fale morskie. Wyruszyli bardzo szybko, ponieważ plażę może zalać z tej strony woda.
W grupie znajdowały się osoby o przeróżnych charakterach i odmiennym wyglądzie, są to Cris.9, Mc. I Taikoubou. W śród tej paczki jest nadzwyczajna postać, gdyż ona ma urodę, wdzięk wyciągnięte prosto z anime, jest nim ostatni z ekipy. Reszta zdziwiona takim wyglądem, pyta się jego jak to możliwe, skąd. „Piękny” wiedział, że podróż może długo potrwać, więc się zgodził i zaczął opowiadać, jak doszło do tej metamorfozy, ale pod warunkiem, że Cris.9 i Mc. Też powiedzą coś o sobie. Oznajmił, że w dzieciństwie lubiał oglądać bajki, później zaczął przy okazji seansu robić miny takie same jak bohaterzy w anime, a mama mówiła
mu, żeby nie robił takich głupich wyrazów twarzy, bo zostanie ci tak na zawsze, jakoś się sprawdziło. Reszta z niedowierzaniem słucha tego co mówi Taikoubou i nie mogą uwierzyć. Po chwili „piękny” zaśmiał się i przeprosił, ale zażartował z tej historyjki, bo naprawdę to on po prostu poszedł do chirurga „Photoshop” i już. Reszta grupy się uspokoiła, bo przypomnieli sobie, że w dzieciństwie, w przedszkolu nauczycielka kazała dzieciom naśladować zwierzęta i myśleli, że też z nich to wyjdzie.
Taikoubou patrzył na zamyślonę resztę paczki i przypomniał im, że trzeba ruszać w drogę, bo mają zadanie, a dzień mija.
Fale są coraz większe, już zalewają całą plażę, widać powoli przesuwające się słońce po niebie.
Teraz Mc. Zaczął opowiadać o sobie. Z błyskiem w oku komentował swoje wyczyny i zdobyte nagrody. Reszta słuchała z zapartym tchem, myślą, że jak wygrał jakieś zawody to uber, pro koleś. Pierwszy rekord Guinnessa pobił będąc dzieckiem, potem nasiliły się nowe wygrane, pobił już multum ludzi i tylko jednym ruchem. Jak to możliwe zastanawiają się Cris.9 z Taikoubou.
Mc. Jest mistrzem świata w extremalnych szachach. Pokonał większość swoich przeciwników już w pierwszym ruchu, ale to nie była jego najmocniejsza strona. Jego specjalizacją są mecze szachowe na czas, a dokładniej na „głodówkę”. Mistrz dalej się chwalił swoimi wynikami, ale już dawno nikt go nie słucha, reszta drużyny po słowie „szachy” oddzieliło się od Mc. Po chwili dołączył do zgraji.
Ruszając dalej zaczął opowiadać ostatni. Cris.9 nie mówi ochoczo o sobie.
Doszli do małej zatoczki, za którą jest wielka skała, której z daleka widać, że jej nie ominą. W zatoczce pływały zardzewiałe elementy konstrukcji samolotu. Ujżeli to i zawrócili do miejsca rozbicia. W drodze powrotnej ostatni z ekipy zechciał opowiadać o sobie.
Wygląda na zwyczajnego chłopaka, ale za to z zaje fajnym zegark-branzoleta, niestety ma dziwną koszulę w kolorze sinokoperkowyróż. Niemrawo zaczął mówić o sobie, tak mało opowiada o sobie, aż jego kompani zaczęli go wypytywać, ale z marnym skutkiem.
Dowiedzieli się tylko tyle, że jest sierotą, nie zna swoich rodziców, ale wychowywał się w domu zastępczym wraz z innymi rówieśnikami. Cris.9 twierdzi, że ratuje ludzi, świat z „przybranym” rodzeństwem, bo tak nauczył go jego nauczyciel Zordon.
Taikoubou i Mc. Jakoś nie uwierzyli
mu, ale nie powiedzieli tego w Prost, tylko fałszywo przytaknęli.
Wracając do obozu, nie mieli o czym gadać, więc Cris.9 powiedział jeszcze, że leciał na specjalny zlot, ale nie zdążył dokończyć zdania, bo reszta brygady odgadła o czym mówi. Każdy z nich się przyznał, że leciał na zlot Volta-sq.pl.
W drodze powrotnej gadali tylko o tym.
Ostatnia, największa ekipa ma więcej osób, bo nie wiedzą co może im się zdarzyć w dżungli i co na nich czyha. Ruszyli przed siebie w nieznane zarośla.
W składzie nieustraszonych, odważnych bohaterów, odkrywców idą Simao, r3mixx, Hardy, Globek i Pucant.
Wyruszyli z miejsca, w którym widzieli nieznaną postać z dżungli i próbują po tropach iść za nim.
Przodem idzie przywódca, który już od początku mówi o sobie, bo twierdzi, że muszą się lepiej poznać, aby przetrwać w trudnych chwilach i sytuacjach.
Sokolim wzrokiem widzi trop „zwierzyny”, zauważa połamane gałęzie, wyczuwa zapach „ofiary”, wycina przeszkadzające zarośla swoim niezawodnym scyzorykiem.
Wszyscy w drużynie myśleli, że Simao będzie opowiadać, jak to było na wojnie, czy jak zabija się ludzi, a tu wielkie zdziwienie. Opisuje, że jest zwierzchnikiem bardzo bogatych ludzi, a sam ma pod sobą tysiące istot i prawie codziennie wyprawia „imprezy”, jest uniwersalną osobą odpowiedzialną za pogrzeby i stypy.
Gdy skończył gadać, reszta ekipy nie była zaspokojona jego wypowiedzią, bo nadal nie wiedzą, dlaczego w samolocie był na wózku, a na wyspie już mógł chodzić, więc spytali. Simao odpowiedział, że z powodów finansowych, dla niepełnosprawnych są zniżki, a chciał polecieć na zlot Volta-sq.pl. Reszta ekipy osłupiała i chórkiem krzyknęli z wrażenia, że też się tam wybierali. Zdziwiony przywódca tą informacją i uznał te zdarzenie za bardzo podejrzane.
Ruszyli dalej w dzicz po wydeptanej ścieżce prze kogoś, wokół niech pełno pięknej, w obfite kolory przyroda. Większość ludzi mało obcuje z naturą, więc w niektórych może drzemać ukryte zwierze.
Zaczyna opisywać swoje życie r3mixx, inni wsłuchują się w jego głos i wydaje im się, że gdzieś już go słyszeli. On jest super DJ’em, który najlepiej na świecie mix’uje na kasetach magnetofonowych, a jego akcent można usłyszeć w znanym radiu „Głusi też potrafią słuchać”. Po chwili trochę zdziwaczał, bo obudził się w nim schowany zwierz, a dokładniej struś, pobiegał chwilę, kończąc waleniem głową w ziemię.
Ekipa zdziwiona zachowaniem, próbuje go oswoić, a tuż po tym już zachowuje się jak wytresowany, rasowy nielot.
Odzywa się Pucant i się chwali, że wynalazł dużo różnych wynalazków, np. czarne światło lub papier toaletowy wielokrotnego użytku, ale jest smutny, ponieważ nie zna swojego ojca. Twierdzi, że jego intelekt wykracza poza wszelkie granice.
Geniusz kończąc stwierdził, że się ściemnia i już powinni wracać do obozu, bo nie są przygotowani na dłuższą wyprawę. Wszyscy potwierdzili aktualną sytuację i zaczęli iść do obozu.
Kolejnie zaczął chwalić się swoim życiem Hardy. Zaczął najwcześniej, mówiąc, że jako bachor marzył, że zostanie super bohaterem, ale rodzice wybili
mu to z głowy. Twierdzili, że taki Heros nic nie zarobi, nie założy rodziny i brzydko by wyglądał w rajtuzach i „swetrem” na sobie. Tak więc został on ratownikiem „Słonecznego Patrolu”, bo tylko tam dobrze wygląda.
Już nie daleko obozu na plaży, a ekipa patrzy na osobę, która się jeszcze nie wypowiedziała. Po jego wyglądzie, człowiek z dredami, kolorową czapką i z blantem w łapie, myślą, że jest jakimś muzykiem. Globek zauważył ich przeszywające na wylot spojrzenie i długo się nie zastanawiając zaczął opowiadać.
Przedstawił się jako specjalistycznego chemika i doskonale wykształconego biologa. Twierdzi, że ma tytuły magistra, doktora i nałogowego palacza. Mówi, że to co pali to tylko lekarstwo na samopoczucie, które jak przyznaje kończy
mu się, gdyż nie zabrał na zapas, bo myślał, że na zlocie ktoś go poczęstuje innym lekarstwem.
Jak już doszli do obozu, to inne grupy już rozpaliły ognisko i czekali tylko na nich. Zebrali się wszyscy wokoło ogniska i zaczęli wymieniać się informacjami, spostrzeżeniami i podejrzeniami.
Dyskutowali, dlaczego tylko fani Volty przeżyli, ale uch domysły, że „Bóg” tak chciał od razu sami wyśmiali. W dżungli zauważyli wychodzoną ścieżkę, ale myślą, że to ten „wariat” z dżungli. Już wiedzą, że nie obejdą wyspy po obrzeżach, tylko muszą zaryzykować iść przez las, jednakże niepokoją się znalezionymi szczątkami samolotu, bo niby wszystkie zebrali, a nawet jak nie, to przez jeden dzień nie mogłyby się pokryć rdzą tak szybko.
Zapadał noc, więc skończyli dyskutować i poszli spać.